|
Listopadowe
refleksje;
czy zmarli
wpływają na nasze życie?
Można wyobrazić sobie skalę naszego powiązania z życiem i śmiercią; niech będzie to skala
od -10 (śmierć) do +10 (życie). Niektórzy z nas patrzą ma życie, cieszą się nim,
biorą pełnymi garściami – ci na skali byliby
w okolicach +10, inni nie mają pełnej odwagi by czerpać z życia, żyją owszem, ale jakby „na
pół gwizdka” – na naszej skali mieściliby się w okolicach +3, +4, są też tacy,
którzy „stoją w rozkroku”, ich miejsce na skali byłoby w okolicach 0; częściowo uczestniczą w życiu, ale też często
odpływają w coś rodzaju niebytu, czyniąc
to w rozmaity sposób; świadomie się odcinają od świata lub nieświadomie
popadają w nałogi, chorują, cierpią. Widać
też wokół nas osoby, które fizycznie żyją, natomiast duchem przebywają bliżej
śmierci. Wydaje się, że pewna tendencja jest tu stała, choć oczywiście człowiek
się zmienia, szczególnie gdy tego chce…
Niezależnie od naszego miejsca na wspomnianej
skali, w listopadzie wszyscy kierujemy spojrzenie ku przemijaniu i ku zmarłym.
Do funeralnych refleksji nastraja nas naturalny rytm przyrody, zamieranie
natury, opadające liście, szara aura w smugach deszczu. Jednocześnie powoli wkracza
do naszej kultury swoisty karnawał śmierci, sklepy pełne są świecących w ciemności
kościotrupów i masek wampirów. Jak każdy
karnawał i rytuał ma on swój sens; oswaja nas z tym, co trudne do świadomego
zaakceptowania. Zobaczymy, czy w Polsce przyjmie się ta zabawowa forma
„obcowania” ze śmiercią, póki co w naszym kraju wolimy być wobec tego tematu
bardziej serio – zdecydowanie większym społecznie uznaniem cieszą się zakupy
zniczy i kwiatów na groby. Pierwszego listopada odwiedzamy zmarłych przynosząc
im „dary”. Jaki jest tego cel? Czy zmarli potrzebują czegoś od nas? Czy może my
chcemy dostać coś od nich?
Przechadzając się cmentarnymi alejkami większość z nas nie zagłębia się w
analizę zagadek bytu, tylko dba o to, by grób jego rodziny wyglądał nie mniej
zacnie od sąsiadujących mogił, by znicze paliły się jak należy i by zdążyć objechać
kilka cmentarzy.
Są też tacy dla których cmentarz ma szczególne znaczenie, znajdują tu oni swój
spokój i ukojenie. Tak, jakby cmentarz był ich domem. Jadwiga straciła swojego
jedynego syna, chłopiec zmarł w wieku 3 lat, nie udało się go odratować z
ciężkiego zapalenia płuc. Po śmierci dziecka rozpadło się też jej małżeństwo.
Związek nie wytrzymał wielkiego żalu, pretensji, szukania winnego … bo przecież gdyby się wezwało lepszego
lekarza, bo gdyby…I choć wydarzyło się to ponad 40 lat temu Jadwiga na
cmentarzu jest przynajmniej dwa razy w tygodniu, przychodzi ze świeżymi
kwiatami, siada na ławeczce i czuje że to jest jej miejsce na ziemi.
Jadwigę zrozumiałby pewnie młodszy od niej o 30 lat Łukasz, przystojny
krakowski lekarz. Wielu zdziwiła by informacja, że młody mężczyzna najlepiej
czuje się chodząc po ulicach krakowskiego Kazimierza i wyobrażając sobie jego
niegdysiejszych mieszkańców, a drugim miejscem, gdzie lubi przebywać jest teren
obozu pracy w Płaszowie, tam, gdzie kręcono listę Schindlera i gdzie zginęło
wiele tysięcy Żydów. Łukasz siada tam i może tak trwać długo w łączności z
kimś…, z czymś…. co jest mu najbliższe na świecie. Sam nie wie co to jest. Nie rozumie swojego
zachowania, nie wie skąd się wzięło, nie jest Żydem, a jednak tak bardzo
ciągnie go do zmarłych, szczególnie do Żydów…
My i „Druga Strona Życia”.
Każdy z nas ma świadomość swojej postawy wobec zmarłych. Mówimy na przykład
„czuję nieraz obecność i wsparcie mojej zmarłej babci” lub „nie lubię chodzić
na cmentarz, to jest miejsce, którego unikam”. Świadomość jest ważna, natomiast
zdecydowanie większą siłę oddziaływania ma na nas ruch odbywający się na dnie
naszej duszy, w tych obszarach, do których zwykle nie mamy dostępu za pomocą
rozumu. W tych głębokich psychiczno -duchowych pokładach mieści się nasze
połączenie ze zmarłymi. Świadomie zwykle go nie rejestrujemy, możemy natomiast
odczuwać jako brak chęci do życia, jako towarzyszący nam niezrozumiały smutek
lub lęk, niekiedy złość. Często takie powiązanie objawia się jako choroba ciała
lub psychiki.
Pracując jako psychoterapeuta wciąż ze zdumieniem odkrywam jak wiele
ludzkich problemów, niemożności, trudności w relacjach z innymi ludźmi,
dolegliwości somatycznych i psychicznych ma swoje źródło w naszych
nieuporządkowanych i zupełnie nieświadomych powiązaniach ze zmarłymi.
Temat relacji ze zmarłymi jest niezwykle subtelny i tak należy się z nim
obchodzić. Obserwuję i doświadczam w pracy z klientami w jaki sposób oddziałują
na nich relacje ze zmarłymi. Niemniej moim obserwacjom nie przypisuję miana
jedynie słusznej wiedzy na temat bytu. Jestem ostrożna wobec tych, którzy
twierdzą, że wiedzą „Jak To Jest Naprawdę Po Drugiej Stronie”. Mogę natomiast z
pełnym przekonaniem powiedzieć jaki wewnętrzny ruch, jaka postawa wobec zmarłych
blokuje ludzi w życiu, a jaka pozwala się życiem cieszyć. Wolno nam zajmować
się relacjami ze zmarłymi tylko po to, by wrócić do własnego życia, by je
niekiedy pierwszy raz odnaleźć, a pozostawić nienależną nam krainę zmarłych, w
którą wplątaliśmy się nieświadomie i w której tkwimy cierpiąc, chorując lub
czując się samotnymi. Kroki w pracy dotyczącej zmarłych możemy robić mając cały
czas głęboko na uwadze, że to co dzieje się po śmierci jest znacznie większe od
nas… jakkolwiek głęboko będziemy rozwinięci duchowo lub przekonani o swojej
głębi… przerasta nas to. Tylko pokora i skłonienie głowy przed tym „co po
drugiej stronie” pozwala nam się tam zbliżyć. I wolno nam popatrzeć na
zmarłych po to, by uporządkować to, co
sami namieszaliśmy. Nic więcej. Terapeuta, który chciałby ingerować i
wprowadzać zmiany według własnego pomysłu w tak subtelną przestrzeń podążałby
prawdopodobnie za jakimś swoim szalonym uwikłaniem.
Jak tworzą się nasze powiązania ze
zmarłymi?
Na czym polega i jak powstaje nieświadome powiązanie ze zmarłym? Z kim ze
zmarłych możemy być połączeni?
Na warsztaty z ustawień hellingerowskich przyszła mama z 14 letnią córką
Kingą cierpiącą na anoreksję. W pracy tą metodą wybiera się spośród uczestników
spotkania reprezentantów osób związanych z klientem, by popatrzeć na obraz
tego, co dzieję się z klientem i z jego otoczeniem. Ustawiłam reprezentantkę córki i
reprezentantów rodziców. Matka stała obok córki patrząc na nią z troską, ojciec
patrzył na podłogę i chwiał się na nogach, córka podeszła do ojca jakby chciała
go podtrzymać. Zapytałam czy ojciec stracił w dzieciństwie kogoś ważnego.
Odpowiedź dotyczyła brata bliźniaka, który zmarł przy porodzie. Zaproszony
reprezentant brata bliźniaka położył się na ziemi przed ojcem, reprezentantka
Kingi w pierwszym odruchu położyła się obok zmarłego wujka tuż pod stopami
swojego ojca odgradzając go od brata.
Jaki był cel choroby Kingi, a przynajmniej jedna z istotnych dynamik
powodujących anoreksję? Dziewczyna chciała umrzeć by powstrzymać przy życiu
ojca. Tak naprawdę to ojciec chciał umrzeć, by być blisko osoby, która przez
pierwsze 9 miesięcy życia była dla niego najbliższa. I choć ojciec nigdy nie
mówił o zmarłym bracie i być może świadomie nie czuł, że chce umrzeć (był
„tylko” depresyjny) córka intuicyjnie
czuła jego potrzebę. Najsilniej łączymy się z tymi zmarłymi, których los był na
tyle bolesny, że rodzinie trudno było o nich pamiętać. Wyobraźcie sobie uczucia
rodziców, gdy jeden z bliźniaków umiera przy porodzie. Jak połączyć w sercu
największą radość z przyjścia na świat dziecka z jednoczesnym najboleśniejszym
doświadczeniem utraty dziecka? Rozdarte serce chce wtedy pęknąć. W tak
bolesnych sytuacjach radzimy sobie często bądź poprzez idealizację zmarłego
bądź poprzez zapomnienie o nim. Oba procesy są wykluczeniem zmarłego jako
człowieka. Są to wewnętrzne ruchy, które
zwykle nie przedostają się do naszego
świadomego rozumu. Regułą staje się, że osoby w kolejnych pokoleniach czują
bliskość, zwykle nieuświadomioną, z odtrąconymi zmarłymi. Tak jakby przypominali
rodzinie o odrzuconych. Kinga chorując pokazywała na zmarłego wujka, o którym w
rodzinie zapomniano. Robiła to dla ojca mówiąc w duchu: „kochany tato, lepiej
ja umrę niż ty”. Tak wielka jest miłość dzieci. I tak magiczna. Wierzą, że w
ten sposób uratują dorosłych. Kinga w swoim sercu była połączona zarówno z
ojcem, jak i z jego zmarłym bratem.
W naszym sercu łączymy się ze zmarłymi bliskimi, których nam po ich śmierci
bardzo brakowało. Takie połączenie jest dla nas oczywiste, rozumiemy, że, gdy
jeden z małżonków umrze, drugi chce pójść w jego ślady. Natomiast nie jest już
oczywiste, gdy w duszy jesteśmy związani ze zmarłą ciocią czy pradziadkiem,
którego nigdy nie znaliśmy, a nawet niewiele o nim słyszeliśmy. Dla wielu jest
to szokujące odkrycie.
Nasza dusza może być połączona z
przodkami, którym z różnych względów było ciężko. Dotyczy to głównie członków
naszej rodziny; naszych rodziców, ich rodzeństwa, dziadków i ich rodzeństwa,
niekiedy kogoś z pokolenia nawet głęboko sięgającego w przeszłość. Nasza dusza
może być blisko tych, którzy mieli trudny los; zmarli przedwcześnie, zginęli
tragicznie, ciężko chorowali, zostali odrzuceni przez rodzinę.
Niekiedy jesteśmy w nieświadomej relacji z osobami nie należącymi do naszej
rodziny, ale połączonymi z naszymi przodkami poprzez istotne wydarzenie,
wspólny los, szczególnie gdy dotyczył on kwestii najistotniejszych czyli życia
i śmierci. Tak stało się w przypadku wspomnianego wcześniej Łukasza. Praca
terapeutyczna pokazała jego głębokie powiązanie ze zmarłym tragicznie
dzieckiem. Okazało się, że dziadkowie Łukasza w czasie wojny mieli sąsiadów
Żydów. Młode Żydowskie małżeństwo świadome zagrożenia prosiło, by przyjęli do
siebie ich kilkuletniego synka, dziadkowie odmówili, choć chłopczyk był im
bliski. Cała Żydowska rodzina zginęła. Wspólny większy los połączył na poziomie
duszy rodzinę Łukasza ze zmarłymi Żydami. Połączenie jest tym silniejsze im
bardziej ukryte. W rodzinie nie wspominało się tamtego czasu. Łukasz o historii
dowiedział się przypadkowo od znajomej babci.
Nasza dusza ma swoją logikę i swoje zasady. Nie kieruje się tylko tym, co
mieści się w świadomej pamięci. W duszy nic nie ginie, pozostaje w niej zarówno
to co dotyczy naszej historii osobistej, jak i to, co mieści się w losie naszej
rodziny. Jeżeli jakiś temat został zablokowany u naszych przodków, my jako
potomkowie czujemy nieświadomy imperatyw by się tym zająć. Łukasz w swoim głębokim wnętrzu podążał za
zdaniem „Kochani dziadkowie, ja to poniosę za was, ja tam będę patrzył, ja
odpokutuję, ja położę się obok tych, którzy zmarli”. Czy to jest właściwe
zdanie i właściwe miejsce dla młodego mężczyzny? Na pewno nie. I nie jest jego
zadaniem zajmować się sprawami dotyczącymi odpowiedzialności i losu jego
dziadków. Młody człowiek miesza się w ten sposób w nieswoje sprawy. Co nim
kieruje? Robi to z miłości do dziadków. Z szalonej miłości dziecka, które
magicznie wierzy, że jeżeli ono będzie cierpiało, wówczas tym, których kocha
będzie lżej.
Jak powrócić do własnego życia?
Czy pomoże Łukaszowi powrócić do życia? Co pomoże Kindze wyjść z anoreksji?
Co pozwoliłoby Jadwidze znaleźć dla siebie szczęśliwe miejsce, również poza
cmentarną ławeczką?
Zmarli nie potrzebują gdy przy nich długo tkwimy. Potrzebują spojrzenia z
miłością, z szacunkiem i pozostawienia w spokoju.
Na warsztatach Łukasz głęboko skłonił się przed
reprezentantami i losem zmarłych Żydów. Skłonił się przed losem swoich dziadków
i ich odpowiedzialność, którą bezprawnie wziął, zostawił przy nich. Zrobił to z
miłością wobec nich. Reprezentanci dziadków i zmarłych Żydów patrzyli na niego
przyjaźnie. Odetchnęli jeszcze głębiej i spokojnie zamknęli oczy, gdy Łukasz
odwrócił się od nich i stanął skierowany wobec własnego życia.
Praca z ustawieniami hellingerowskimi pokazuje, że
reprezentanci zmarłych stają się spokojni, gdy żywi zostawią ich w spokoju z miłością i szacunkiem, a sami zajmą się
swoimi sprawami. Wtedy zmarli mogą naprawdę odejść. Pewnie racje miał Gabriel
Garcia Marquez pisząc w Trzeciej
rezygnacji: „Bowiem zmarły może być szczęśliwy, o ile jest już
nieodwoływalnie umarły”. Być może zmarły jest szczęśliwy, gdy my go już nie przywołujemy…,
gdy opuścimy naszą ławkę na cmentarzu…
Kinga popatrzyła ze łzami w oczach na ojca, powiedziała „robiłam to dla
Ciebie z miłości kochany tato…”. Często uważamy, że choroba jest czymś złym, ma
negatywne korzenie, używa się wobec niej militarnego języka; chorobę się
zwalcza, pozbywa się jej, zabija się chore komórki. Tymczasem, gdy odkryje się,
że za chorobą stoi dynamika miłości, że choruje się, by ktoś w systemie został
dostrzeżony lub by kogoś uratować, wówczas choroba po prostu przestaje pełnić
swoją rolę i może odejść. Choroba bardzo często jest jak peryskop nakierowany
na tego, który nie był widoczny w rodzinie. I zwykle jest to zmarły. Za pomocą
chorób, zarówno duszy, jak i ciała często łączymy się ze zmarłymi.
Reprezentant ojca Kingi położył się koło reprezentanta zmarłego brata,
chwilę poleżeli przytuleni, tak jak leżą w łonie matki dwa bliźniaki. Potem
ojciec powoli wstał. Popatrzył na żonę. Popatrzył na córkę. Jego wzrok miał w
sobie zdanie „właściwie teraz dopiero pierwszy raz was widzę…”. Powiedział do
nich :”teraz pozostanę… tyle ile będzie mi dane”. Kinga odetchnęła, mogła już
stać spokojnie, już nic nie musiała robić dla ojca, mogła nareszcie czuć się
jak dziecko przy swoich rodzicach
Ćwiczenie wewnętrzne dla tych,
których ciągnie do zmarłych.
Gdy ktoś, tak jak ojciec Kingi, w głębi duszy czuje, że jego serce, jego
miłość jest bardziej przy zmarłych niż przy żyjących, wówczas taka osoba nie
jest w stanie siłą woli odrzucić swojego pragnienia odejścia. Ciągnie ją
miłość, a czy można rozumem przeciwstawić się miłości? Tylko uznanie tej
miłości i danie jej miejsca w sercu jest rozwiązaniem. Zwykle taka osoba jest w
silnym wahadłowym ruchu pomiędzy „chcę odejść” a „nie powinienem odchodzić”.
Jedynym dobrym rozwiązaniem jest pozwolenie sobie wewnętrznie na poddanie
się potrzebie i pójście do zmarłych. Nie dosłownie, ale w wyobraźni. Na chwilę.
Jeżeli czujesz, że dotyczy to Ciebie możesz zrobić pewne ćwiczenie
wewnętrzne. Zrób je sam lub poproś by ktoś bliski pomógł Ci mówiąc poniższy
tekst.
Znajdź chwilę dla siebie i spokojne miejsce. Być może zechcesz zamknąć oczy,
poczujesz, że udajesz się do swojego wnętrza… uspokajasz się wewnętrznie, twój
oddech jest równy, a ty możesz wyobrazić sobie… że udajesz się do krainy zmarłych… patrzysz na
zmarłych ze swojej rodziny, być może również na osoby spoza rodziny…. na
znanych i nieznanych, „dobrych” i „złych”. Niech towarzyszy Ci zdanie „jestem
tu tylko na chwilę…”. Rozglądnij się, czy ktoś wzywa Cię szczególnie. Podejdź
do tej osoby i być może zechcesz położyć się obok niej i popatrzeć razem z nią
na to, na co patrzy. Jeżeli chcesz coś powiedzieć zmarłemu – zrób to. I otwórz
się na to, co On chce Ci przekazać – jakieś zdanie, prośbę lub dar.
W pewnym momencie poczujesz, że już wystarczy, że teraz jeszcze nie nadszedł
Twój czas, a gdy przyjdzie, wówczas tu się udasz. Skłoń się przed tymi, których
zobaczyłeś i z szacunkiem w skłonie wycofaj się.
Odwróć się w przeciwnym kierunku, tak, byś mógł popatrzeć na własne życie,
na to, do czego teraz należysz i co jest
przed Tobą. Powróć do swojego wnętrza. Otwórz oczy.
Teraz możesz zostać…. Żeby, to co robili Twoi przodkowie nie poszło na
marne, żebyś mógł cieszyć się życiem i przekazywać dalej to, co otrzymałeś.
Czy to nie pięknie odwiedzić pierwszego listopada cmentarz z poczuciem, że
mocno trzymamy nasze życie, cieszymy się nim, a jednocześnie jesteśmy razem z
naszymi przodkami włączeni w wielki nurt życia?
Agnieszka Gąsierkiewicz
artykuł opublikowany w miesięczniku SZAMAN, listopad 2010
|